Kraków - Warszawa.

Podróż z Krakowa do Warszawy ma swoją cenę. Trzeba wstać skoro świt, o jakiejś nieludzkiej porze zjeść śniadanie, w półśnie wypić kawę. Biedny człowiek wbija się w garnitur i jedzie na dworzec. Tam na piątym peronie spotyka podobnych sobie. Kolejka w kiosku, każdy mruczy to samo: "psze gazete i kawe". I tak dzień w dzień. Zaspany Krakow jedzie do śpiącej Warszawy.

Przywykłem do tego i mam swój sposób. Szybko znajduję miejsce w salonce, siadam w przedziale, zamykam oczy. I słucham. Przez pierwsze pół godziny podróży słyszę rozmowy przez telefon: "No, to ja. Jadę "W którym wagonie siedzisz?"
Koło siódmej rano zaczyna się: Wstałaś? Tam na biurku po lewej są takie papiery – zobacz adres.
Potem zaczyna się wychodzenie z przedziału. Szuranie, deptanie po butach i ciche pszaszam.
Potem ten co wychodził wraca. I znowu kopanie po nogach i znowu pszaszam. Potem przychodzą smsy. Znoszę to cierpliwie.
Potem każdy zaczyna wyciągać komputer, coś tam stuka na klawiaturze, siedząc wygięty z tym gorącym laptopem na kolanach. Wiadomo. Zaciskam oczy żeby tego nie widzieć.
Gdzieś tak koło Tunelu zasypiam.
I zawsze, niemal zawsze, śni mi się że nie mogę zasnąć.
Więc śpię sobie spokojnie i wtem dźwięk jak uderzenie młotem w głowę: chruuuuup.
Oto ktoś z przedziału zaczyna tortury.
Je. Je jabłko.
Oprawcy wydaje się że będzie bardziej elegancko jak odgryzie kawałki powoli (podobnie elegancko jak odchylanie małego palca przy trzymaniu kieliszka).
Więc mamy w przedziale wyraźne: chruuup.
Jak łamanie kości.
Po moim karku przechodzą ciarki. Potem słyszę ciche i powolne: chrum chrum.
Potem kilkanaście sekund ciszy.
Mam już wówczas gęsią skórkę.
Czekam.
Czekam.
Czekam i myślę: no dalej, jedz już.
I znowu powolne: chruuuup.
Kolejny kawał odgryziony delikatnie.
Chrum chrum.
I tak kilka razy.
Oczywiście na końcu będzie ciche pszaszam i próba otwarcia śmietnika tą samą ręką w której smakosz trzyma ogryzek.
Za każdym razem mam ochotę wstać i wyć.
Skoro zakazano palenia papierosów w pociągach, można też zakazać jedzenia jabłek. Przynajmniej w IC z Krakowa do Warszawy.
Wczoraj jechałem porannym pociągiem. Jak zawsze zamykam oczy i czekam.
Telefony, smsy, pszaszam, w te i wewte kopanie po nogach, laptopy.
Dojeżdżamy do Tunelu i nic. Cisza. Nie ma jabłka. Cisza. Otwieram jedno oko.
Patrzę podejrzliwie na ludzi w przedziale: ten koło okna śpi, kogutek mu już na głowie wesoło skacze, ten od strony drzwi klepie w klawiaturę.
Zamykam oczy. Pociąg buja nas lekko.
I nagle.
Siorrrb. Siiiiioorrrrb. Chlip, mlask, chlip.
Nie wierzę. Zaciskam oczy. Siorbanie i ciamkanie. Jakby ktoś chodził po błocie.
To dopiero koszmar.
Otwieram oczy: pan w środku.
Je olbrzymią, miękką gruszkę. Na kolanach położył sobie jabłko na deser.
Wzrokiem poszukałem hamulca bezpieczeństwa…
Trwa ładowanie komentarzy...